ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Arena
The Unquiet Sky
(2015, album studyjny)

The Unquiet Sky
Oceń album
(13 głosów)

01. The Demon Strikes - 5:40
02. How Did it Come to This? - 4:34
03. The Bishop of Lufford - 5:32
04. Oblivious to the Night - 2:50
05. No Chance Encounter - 4:29
06. Markings on a Parchment - 2:21
07. The Unquiet Sky - 5:28
08. What Happened Before - 4:53
09. Time Runs Out - 4:39
10. Returning the Curse - 3:46
11. Unexpected Dawn - 3:45
12. Traveller Beware - 7:36

Czas całkowity - 55:33



- Paul Manzi – wokal
- John Mitchell – gitara
- Clive Nolan – instrumenty klawiszowe
- Kylan Amos – gitara basowa
- Mick Pointer – perkusja

 

Media

Inne albumy wykonawcy: « Rapture XX »

1 recenzja

  • Link do recenzji Gabriel Koleński sobota, 05 wrzesień 2015 22:18 napisane przez Gabriel Koleński

    Zgodnie ze starą zasadą Hitchcocka, powinno zacząć się od trzęsienia ziemi, potem napięcie powinno nieprzerwanie rosnąć. Zasada ta wprawdzie dotyczyła filmów, ale trzeba przyznać, że najnowsza płyta Areny jest nieco filmowa, zaś lider zespołu, Clive Nolan jest wielkim fanem muzyki filmowej, co trochę słychać również na najnowszym dziele jego zespołu. Ale po kolei.
    "The Unquiet Sky" to ósmy studyjny album w dorobku Areny, nagrany w nieco innym składzie niż poprzedni, ale akurat w przypadku tej kapeli zmiany składu nie są nowością. Ciężko powiedzieć z czego to wynika, czy liderzy mają takie wymagania, czy po prostu chodzi o to "żeby życie miało smaczek". Na stanowisku operatora gitary basowej (ach, to moje doświadczenie w pracy w fabryce) Johna Jowitta zastąpił Kylan Amos. Jeśli mam być szczery, nie odczułem wpływu tej zmiany na brzmienie zespołu. Ale należy odnotować ten fakt, z czysto kronikarskiego obowiązku.

    Zaczyna się bardzo filmowo, niczym ścieżka dźwiękowa z filmu grozy. Szkoda, że później nie ma już zbyt wielu takich nawiązań, praktycznie tylko we wstępie. Znajdziemy w nim również świetną, intensywną solówkę gitarową pełną werwy i ekspresji. Generalnie John Mitchell jest na tym albumie w znakomitej formie, praktycznie w każdym utworze strzela bardzo emocjonalne, natchnione sola, dłuższe, krótsze, mniej i bardziej zawiłe lub melodyjne. Wracając do "The Demon strikes", jest to pełnokrwisty rockowy kawałek z mocnym, chwytliwym refrenem. "How did it come to this" to już nieco inna bajka. Bardzo dobrze zaaranżowany utwór, należy się nagroda Oskara za budowanie napięcia. Im dalej, tym intensywniej, aż do ekspresyjnego przejścia i powiedzmy czegoś na kształt refrenu. "The bishop of Lufford" porywa może nieco mniej niż dwa pierwsze utwory, aczkolwiek fragment "Do you know who I am?!" wyrywa z butów. Refren również jest bardzo chwytliwy, ale to akurat generalnie można powiedzieć o całej płycie. Muzyka na niej zawarta jest bardzo przystępna, utwory łatwo wchodzą do głowy i przyjemnie w niej pomieszkują. Wszystko jest skomponowane bardzo pieczołowicie, z dbałością o szczegóły, wszystko bardzo ładnie układa się w całość. Ale w końcu to jest Arena, to jest Clive Nolan, nie ma miejsca na bałagan. Można zespół posądzić o brak spontaniczności i przewidywalność (co nawet może być po trochu prawdą), ale jak ktoś szuka szaleństwa i chaosu to polecam Dillinger Escape Plan, który swoją drogą jest ciekawym zespołem.

    Ta przyjemność w odsłuchu materiału może trochę dziwić, biorąc pod uwagę, że fabuła tekstów miała być horrorystyczna i taka w zasadzie jest. Klimat najnowszej płyty Brytyjczków faktycznie jest nieco mroczny i ponury, ale raczej w stylu amerykańskich thrillerów niż przerażających japońskich horrorów (nikt nie wychodzi z ekranu telewizora). Czego dotyczy, warto poznać samemu, fabuła jest przedstawiana raczej oszczędnie, tajemniczo i dotyczy klątwy. Brakuje trochę podziału na postacie lub bardziej szczegółowego przedstawienia bohaterów. Wielu rzeczy trzeba się domyślać, przez co atmosfera trochę się rozmywa. Służy jej za to bardzo Paul Manzi, który robi w zespole świetną robotę jako wokalista. Osobiście bardzo pasuje mi jego barwa głosu oraz interpretacja, ponieważ w moim mniemaniu nie są one oczywiste dla rocka progresywnego, tylko wnoszą coś nietypowego, wartość dodaną. "Oblivious to the night" to krótki, spokojny przerywnik z kojącym pianinem i śpiewem Manziego. "No chance encounter" to powrót do bardziej żywiołowego grania, sporo zmian tempa i klimatu, doskonałe wejścia gitary i trochę nawiązań do dawnych nagrań Areny (niech nikt się za bardzo nie podnieca, całość brzmi bardzo nowocześnie). "Markings on a parchment" to instrumentalny przerywnik, niepozbawiony niepokojących dźwięków (jakieś głosy w tle, chóry), przez co wprowadza bardzo fajny klimat. Utwór tytułowy przypomina nieco "How did it come to this" pod względem budowania napięcia, ale jest trochę inaczej skonstruowany. Ma w sobie pewną dozę melancholii i poruszające zakończenie, idealne do wspólnego śpiewania (zespół wykonywał ten utwór na koncertach promujących najnowszy album). Czy muszę w ogóle wspominać o emocjonalnej solówce gitarowej? Kolejne trzy utwory to po prostu Arena, jest w nich wszystko co zespół ma do zaprezentowania - umiejętność budowania i zmieniania nastroju ("What happened before"), fajne partie instrumentalne, w tym klawisze, których brzmienie wyraźnie wskazuje na nostalgię za początkami rocka neoprogresywnego ("Time runs out", "Returning the curse"). Wszystkie są dobre, ale z drugiej strony nie są szczególnie odkrywcze, choć tak jak pisałem wcześniej, generalnie obcowanie z tym albumem jest bardzo przyjemne. Prawdziwą perełką jest "Unexpected dawn". Doskonała melodia, świetnie zaśpiewany utwór, przejścia i refren wywołują ciarki na plecach! To też jeden z bardziej klimatycznych kawałków w zestawie (Panie Nolan, dziękuję za te klawisze!). O solówce nie wspominam, po prostu robi (nie powiem co). Zamykający album "Traveller beware" jest jak dla mnie trochę przekombinowany, tak jakby zespół chciał na koniec wrzucić za dużo motywów na raz, a jak powszechnie wiadomo, co za dużo, to i świnie nie chcą, toteż ja nie chce. Aczkolwiek niektóre fragmenty, w oderwaniu od całości, robią wrażenie, niestety razem powodują odczucie natłoku.

    Rozpisałem się okrutnie, dlatego też podsumuję krótko. Mimo że "The Unquiet Sky" jest albumem momentami nierównym, najnowszego dzieła Areny słucha się bardzo przyjemnie, ponieważ jest pełne chwytliwych melodii, świetnych solówek i innego typu partii instrumentalnych. Dodatkowo mamy tu świetny wokal Paula Manziego oraz intrygujący klimat. Malkontenci będą narzekać, że nie jest to "stara Arena", ale pozwólcie mi przedstawić prawdę objawioną, to już nigdy nie będzie "stara Arena". Patrząc radośnie w przyszłość, polecam jak najbardziej!
    Gabriel "Gonzo" Koleński

Zaloguj się, by dodać recenzję

© Copyright 2007- 2019 - ProgRock.org.pl
12 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version