ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Eye 2 Eye
After All...
(2009, album studyjny)

1. Overture (2:54)
2. Tears of a Clown (8:19)
3. Cold and happy (9:03)
4. Wasted (6:40)
5. A Celebration (15:20)
6. Pouring Rain (6:22)
7. Hovering (13:07)
8. After All (14:30)

Czas całkowity: 74:15
- Amirouche Ali Benali ( guitars )
- Philippe Benabes ( keyboards )
- Jack Daly ( vocals )
- Aymeric Delteil ( bass )
- Didier Pegues ( drums, piano )
- Elise Bruckert ( violin )
- Bruno Pegues ( guitars )
- Lucie Lemauff ( backing vocals )
- Marie Lemauff ( backing vocals )
- Lou Prigent ( backing vocals )
Wyświetlony 3680 razy
Inne albumy wykonawcy: One in Every Crowd »

1 komentarz

  • Link do komentarza Krzysztof Baran sobota, 09 styczeń 2010 18:36 napisane przez Krzysztof Baran

    Świat się zmienia. Klimat ociepla. Jak będzie wyglądała Ziemia, gdy poziom wód na naszym globie podniesie się? Spójrzmy na okładkę płyty francuskiego zespołu Eye 2 Eye. Tam jest już 'po wszystkim', a woda dotarła aż do szyi Sfinksa, króla pustynnego, egipskiego krajobrazu. Sfinks jednak nie ma kamiennej twarzy. Z jego monumentalnej głowy wyłania się twarz pewnej postaci. Czyżby to sam Stwórca chciał się objawić i ukarać bezmyślnych ziemian, za ich brzemienne w skutki, cywilizacyjne czyny? Ciekawy koncept okładki, do którego można wyobrazić sobie jeszcze kilka innych scenariuszy. Podobnie jest zresztą w przypadku okładki do pierwszej, debiutanckiej płyty zespołu. Tam również wyłaniająca się, majestatyczna twarz jest na okładce w roli głównej.

    Eye 2 Eye to zespół istniejący od 2003 roku. Może się pochwalić już dwoma wydawnictwami. Pierwsze, debiutanckie z 2006 roku ('One in Every Crowd') zdradziło nam już kierunek, obrany przez Francuzów. Muzycy poruszają się po neoprogresywnej orbicie, co jakiś czas napotykając asteroidy ze sfery symfonicznej. Pomimo zmian personalnych, jakie dokonały się od poprzedniego wydawnictwa w zespole (wokalistę i basistę zastąpili odpowiednio: Jack Daly oraz Aymeric Delteil) zespół nadal umacnia się w swym kierunku, grając mieszankę takich zespołów jak: Marillion, Pallas, Clepsydra, Landmarq, Pendragon, a wszystko to owiane mgiełką prawdziwych legend, takich jak Pink Floyd czy Genesis. Najnowsza płyta 'After All...' jest tego znakomitym odzwierciedleniem.
    Muzycy zespołu bardzo emocjonalnie podchodzą do swej muzyki. Proponują nam rock progresywny, w którym dzieje się bardzo dużo. Od spokojnych, czasem wręcz wyciszonych fragmentów, przez pełne symfonii, chwilami bardzo wysmakowane partie instrumentalne, po charyzmatyczny, pełen rozmaitych emocji głos wokalisty, Jacka Daly.

    Płytę otwiera stonowany wstęp w postaci dwu i pół minutowej 'Overtury'. Obok delikatnych dźwięków pianina, które jest na płycie bardzo ważnym instrumentem, słyszymy symfoniczne partie klawiszy (Philippe Banabes), oraz ciepłe solo gitarowe (Amirouche Ali Benali). Płyta na dobre rozkręca się w drugim utworze, 'Tears Of Clown'. Mnóstwo tu emocji. Gitara chwilami sprzęga się, dobywając ze swego wnętrza dość agresywne riffy, by za chwilę niezwykle emocjonalnie 'śpiewać' razem z wokalistą. Barwa głosu frontmana to połączenie Aluisio Magginiego z Clepsydry, z głosem Alana Reeda i chwilami Fisha. Może nie zawsze doskonały, co chodzi o czystość, ale niezwykle charyzmatyczny i zjawiskowy, podobnie jak wokale wymienionych frontmanów. Utwór ten trochę oscyluje wokół dokonań londyńskiego Landmarq, jeszcze z początku lat 90. Łzy klowna spływają wraz z ciekawymi zagrywkami klawiszowymi. Końcówka utworu przypomina finał 'Chelsea Monday' Marillion. Bardzo emocjonujący kawałek!
    Początek następnej kompozycji ('Cold and Happy') również oscyluje w sferach starego Marillion. Tym razem jednak melodia jest znacznie łagodniejsza, podobnie jak sama muzyka. W bardzo charakterystyczny sposób gra basista zespołu, Aymeric Delteil, zdecydowanie zapatrzony w Pete Trewavasa. A ponieważ bardzo sobie cenię basistę Marillion, nie mogłem tego nie zauważyć. Znów pojawia się łagodzące wszystko pianino, na którym (a także na perkusji) gra Didier Pegues.
    Dość piosenkowo zaczyna się kolejny utwór na płycie, 'Wasted'. To jedna z najkrótszych kompozycji na płycie, urzekająca melodyjnymi zwrotkami, a po chwili dość potężnym refrenem, podkreślonym klawiszową symfonią i sokiem z gitarowych strun. Blisko tu do Pallas z ich pierwszej płyty. Smaczku dodają elektryczne skrzypce, na których gra gościnnie Elise Bruckert.
    Kolejna kompozycja ('A Celebration') jest najdłuższą na płycie. Trwa ponad kwadrans. To ciekawy, rozbudowany utwór z bardzo udanym fragmentem instrumentalnym w jego środkowej części. To bodaj największy smaczek na płycie. Skrzypce tym razem przenoszą muzykę w rejony szwajcarskiego Shakary. Finał z dość niespokojnym głosem wokalisty, którego głos przeistacza się niemal w krzyk, podkreśla dramaturgię tego utworu.
    Po dużej dawce emocji znów robi się piosenkowo. Szósty w kolei 'Pouring Rain' to piosenka ze smakiem. Tytułowy ulewny deszcz spływa z odtwarzacza, wraz z floydowsko brzmiącymi zagrywkami na pianino. Znów rządzi gitara i genesisowsko brzmiąca melodia.
    Zbliżamy się do finału. Dwie ostatnie kompozycje, to znów rozbudowane formy. Utwór 'Hovering' start ma iście floydowski. Klawiszowiec w bardzo specyficzny sposób (zresztą w poprzednich utworach także) wykorzystuje mellotron. Po chwili jednak znów wspomnienia wracają do początku lat 80. Budowa utworu bardzo przypomina dokonania z tamtych czasów takich zespołów jak Pendragon czy Pallas. O zespole na literkę M nie wspomnę...
    Sam finał to tytułowy utwór 'After All...' od początku urzeka kojącym spokojem. Cały zresztą taki jest. Po dawce emocji na całej płycie, w finale mamy, więc zaskoczenie. Choć nie oznacza to, że brak tu emocji. Są, tylko w nieco innym tego słowa znaczeniu. Znów dają znać o sobie elektryczne skrzypce i cała masa symfonicznych dźwięków wyczarowanych z keyboardów. Cały utwór zaś zbudowany jest na powtarzającym się motywie na pianino.

    Przyznam, że nie od pierwszego przesłuchania ta płyta do mnie trafiła. Początkowo miałem o niej bardzo przeciętne zdanie. Często tak bywa, ale dzięki temu odkrywanie kolejnych smaczków na płytach jest tym bardziej ekscytujące. Owszem! Sporo tu niedociągnięć. Chwilami muzyka wydaje się być nieco przekombinowana, ale fragmenty te znikają pośród mnóstwa doprawdy ciekawych partii instrumentalnych, klimatycznych zagrywek, udanych melodii oraz z charyzmą śpiewanych partii wokalnych. W tym właśnie tkwi siła zespołu Eye 2 Eye. Płyta trwa ponad 75 minut. To bardzo długo, może ciut za długo. Mimo wszystko należą się zespołowi brawa za odwagę, że porwał się na tak obszerne wydawnictwo. Należy także docenić fakt, że zespół, wyraźnie zapatrzony w klasykę rocka neoprgresywnego z początku lat 80, podszedł bardzo starannie do zachowania ducha muzyki z tego okresu.
    Sumując te wszystkie plusy (jest ich zdecydowanie więcej) i minusy z czystym sumieniem moja dusza wystawia tej płycie dobrą ocenę.

    4/5

    Krzysztof Baran

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version