ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Manning
Akoustik
(2012, album studyjny)

01. In Swingtime (4.30)
02. Antares (5.31)
03. Clocks (4.16)
04. Castaways (4.07)
05. Silent Man (4.31)
06. Margaret Montgomery (4.51)
07. A Place To Hide (4.31)
08. The View From My Window (4.49)
09. Phase (The Open And The Widening Sky) (4.55)
10. Tears In The Rain (6.05)
11. The Night And The Devil (4.53)
12. In My Life (6.25)

Czas całkowity: 57:24


- Guy Manning (Acoustic Guitar and Vocals)
- Chris Catling(Guitar)
- Kev Currie (Guitar and Vocals)
- Stephen Dundon (Flute)
- Rick Henry (Drums and Percussion)
- Kris Hudson-Lee (Bass)
- Julie King (Vocals and Percussion)
- David Million(Guitar)
- Martin Thiselton (Keyboards and Violin)

Wyświetlony 3751 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Paweł Tryba niedziela, 28 październik 2012 20:27 napisane przez Paweł Tryba

    No proszę, nawet takiemu pracusiowi jak Guy Manning czasem może zatrzeć się silnik. Na jego stronie internetowej stoi jak byk credo godne przodownika pracy: chcemy nagrywać nową płytę co roku! I do tej pory mu się z reguły udawało, raz jeden przez ostatnie trzynaście lat zdarzyło się, że nie mieliśmy do posłuchania premierowej muzyki zespołu Manning. Tyle, że od tego czasu Guy urósł jako marka. Recenzje w ostatniej pięciolatce zbierał więcej niż przychylne, a i z koncertami najeździł się co niemiara. Także dzięki pomysłowi dwóch zespołów w jednym – mamy w większości niepodpięte Manning Akoustik – do występów kameralnych i wykonywania piosenkowych drobiazgów. Manning Elektrik to grubszy kaliber – większe sceny, festiwale, rozbudowane suity. Tym razem napięty kalendarz koncertowy nie pozwolił Guyowi i jego kompanom zarejestrować nowej płyty studyjnej, ale fanom o sobie wypada przypomnieć. No to postanowili pokazać do czego zdolne jest Manning Akoustik. Nagrali godzinę Manningowych piosenek w wersji „prawie bez prądu” (wyjątkiem są klawisze). Jest to rejestracja studyjna, a nie koncert – może trochę szkoda. Ciekawe, jaka byłaby reakcja publiki na te intymne, ale też bardzo melodyjne songi. Artyści byli chyba świadomi, że ta płyta to tylko suplement do nowych, rozbudowanych koncept albumów, bo wydali ja nader skromnie – w tekturowej kopercie, z bookletem ograniczającym się do pojedynczej kartki – tak, jak kiedyś Festival Music wydało reedycje najstarszych płyt Guya. Zgadzam się, że to zapchajdziura, żeby najwierniejsi fani nie zapomnieli. Tylko co z tego, skoro mi się tej zapchajdziury tak dobrze słucha?

    Modus operandi był prosty – zespół nagrywa tylko to, co można odtworzyć na scenie. Tylko lider dograł potem trochę chórków. Jeśli uznać tę płytę za wizytówkę, swoisty materiał promocyjny składu Manning Akoustik, to ich występ jest wart grzechu. Że Guy jest bardzo utalentowanym autorem piosenek, świetnym metodykiem – to wiadomo od dawna. Skromny aranż tylko urodę tych melodii uwypukla. A’propos aranżacji – muzycy dokonali bardzo słusznego kroku. Zmieniali ją tylko wtedy, kiedy musieli, kiedy w wersji pierwotnej „elektryka” rządziła. Albo kiedy trzeba było odchudzić instrumentarium (Phase, jak się okazuje, sprawdza się też bez wściekle chwytliwego riffu saksofonu). Ale jeśli nie musieli – zostawiali utwór w takim samym kształcie (Antares i tak był graną głównie na pudle balladą – co tu wydziwiać?). Generalnie króluje granie balladowe, silnie zabarwione celtyckimi akcentami – oj, nie uwolni się Manning po tej płycie od pojawiających się od lat porównań z Jethro Tull, nie uwolni! Zwłaszcza mając taki a nie inny wokal…

    Czy Akoustik ma jakieś wady? Jasne, która płyta nie ma? Słychać ( i widać), że budżet skromny, że brzmieniowo nie jest to ten dopieszczony Manning z regularnych albumów. Ale ma to swój urok – płytty akustyczne nie powinny brzmieć zbyt sterylnie. Może też przydałoby się przełamanie tego godzinnego zestawu ballad kilkoma żywszymi utworami? Ale generalnie – jest to udany przerywnik. Choć o jakichkolwiek związkach tej płyty z progresem zapomnijcie. Tym razem Guy przedzierzgnął się w takiego typowego angielskiego mruka z gitarą, w rodzaju Marka Knopflera czy Richarda Hawleya. W tym wcieleniu też mu do twarzy! Jako że to tylko ciekawostka dla fanów oceny punktowej nie wystawiam, ale zdecydowanie jestem na „tak”.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version