Passion

Oceń ten artykuł
(251 głosów)
(2011, album studyjny)
1. Passion (5:27)
2. Empathy (11:20)
3. Feeding Frenzy (5:47)
4. This Green And Pleasant Land (13:13)
5. It's Just A Matter Of Not Getting Caught (4:41)
6. Skara Brae (7:31)
7. Your Black Heart (6:46)

Czas całkowity: 54:45
Nick Barrett - vocals, guitars, keyboards & keyboard programming
Peter Gee - bass
Clive Nolan - keyboards & backing vocals
Scott Higham - drums & backing vocals

2 komentarzy

  • Bartek Chocholski

    Co to za recenzent, który zabiera się do pisania recenzji albumu po jednym przesłuchaniu? Tak właśnie pomyślałem, zapętlając jednocześnie Passion w odtwarzaczu. Bardzo niecierpliwie czekałem na ten album, a bilety na kwietniowy koncert kupiłem już w październiku ubiegłego roku. Tak, można powiedzieć, że jestem fanem i że mam do tej grupy wielki sentyment. To jednak nie zmienia faktu, że potrafię obiektywnie oceniać ich albumy. Jeśli kogoś interesuje, co tkwiło we mnie po tym pierwszym odsłuchu, to... Hmm, to samo co w przypadku Pure. Wysłałem bliskiej osobie esemesa: "Raczej słabo, ale jeden kawałek rozpieprza". Wtedy to był Freak Show, dzisiaj This Green And Pleasant Land. Po kolejnych odsłuchach (pięciu, sześciu...) krążek zyskuje. Dlatego właśnie nie należy się zrażać w razie gdyby ten pierwszy raz nie okazał się zbytnio udany.

    Zaczyna się dość nietypowo jak na Pendragon, ponieważ słyszymy zloopowaną perkusję elektroniczną, do której po chwili dołącza wokal i gitara Nicka, abyśmy przypomnieli sobie czego słuchamy. Tytułowy kawałek daje jasno do zrozumienia, że chłopaki bardzo cieszą się z poprzedniej płyty i chyba mają zamiar iść w kierunku wyznaczonym właśnie na niej. Dużo przesterowanych wokali, dość nietypowe syntezatory, wręcz metalowa ciężkość bębnów, w pewnym momencie spotkamy się nawet z czymś w rodzaju growlingu. Ok, ja naprawdę to lubię, ale przecież Pendragon zawsze sprawiał, że odpływałem przy pięknych melodiach i bajkowych opowieściach, lekkości brzmienia. Teraz to zespół niemal progmetalowy i już całkowicie inaczej się tego słucha. W dużym stopniu przyczynił się do tego nowy perkusista Scott Higham, którego pierwszy raz miałem okazję zobaczyć z zespołem przy okazji katowickiego koncertu w 2008 roku. Jestem jeszcze młody i nie zawsze poważny, ale bardzo denerwowało mnie jego zachowanie sceniczne. Pokazywanie języka, wymachiwanie pałką (jakkolwiek by to nie zabrzmiało). Byłoby wszystko w porządku gdybym przyszedł na koncert stricte rozrywkowy, jakiś glamrockowy - Sweet, Kiss, Slade. A to przecież teatr, ludzie siedzą, pełna kultura, nawet miałem na sobie marynarkę. Jeśli nie jesteśmy w stanie czegoś zmienić to musimy do tego przywyknąć, pomyślałem i zaciskając zęby dotrwałem do końca koncertu. Ech, to przecież recenzja nowej płyty. Wybaczcie.

    Następny numerek na płycie to Empathy, trwający ponad 11 minut i posiadający świetny symfoniczny finał utwór. Wyszedłem na chwilę na papierosa, a kiedy wróciłem wydawało mi się, że leci Eraserhead z poprzedniej płyty. Kilka momentów jest wręcz wyciętych z niego żywcem. Później już robi się nietypowo za sprawą fajnych efektów gitarowych, chyba pierwszy raz przez Nicka używanych. Naprawdę bardzo dobry kawałek. Feeding Frenzy zaczyna się odrobinę orientalnie, za sprawą wstawek wokalnych, na podobieństwo tych z Believe, aby za chwilę uderzyć riffem, który mi osobiście kojarzy się z The Offspring - takie jaja. Potem kilka motywów zapożyczonych od Rammstein`a lub Fear Factory (soundtrack do pierwszej części Mortal Kombat), abym znów nie wiedział gdzie jestem. Wiem, że Nick Barrett przyznawał się do przeróżnych inspiracji muzycznych (Akon!), ale nie sądziłem, że da tego świadectwo tak szybko i to na płytach Pendragon. Tak proszę państwa. Dużo się pozmieniało. Cukier jest dwa razy droższy, ale oni zaskoczyli mnie w tym roku jeszcze bardziej. Nie chcę wydawać w tym momencie werdyktu, czy jest to pozytywne zaskoczenie. This Green And Pleasant Land uspokoił mnie. To przecież przez ten właśnie klimat pokochałem muzykę Pendragon. To właśnie ten numer powinien być tytułowym ponieważ właśnie on emanuje największymi pokładami emocji, pasji. To stary dobry Nick i reszta, lecz nie pozbawieni czegoś nowego. Najbardziej wyróżniającą rzeczą jest tu zastosowanie pociętego zmodyfikowanego wokalu. Zabieg ten jest przede wszystkim szeroko stosowany przez beatmakerów (producentów hiphopowych) z tej ambitniejszej szkoły (polecam nowy album CunninLynguists - Oneirology; rap nie musi być prostacki i płytki). To jodłowanie z końcówki można by sobie podarować. It's Just A Matter Of Not Getting Caught. Numer piąty. W tej chwili mogę stwierdzić, że jest to najnudniejszy moment na płycie. Przyjemny bo przyjemny, ale zupełnie niewciągający i trochę bezpłciowy. Taki zapychacz. Skara Brae jest o wiele lepszy. Coś się dzieje. Zmiany tempa, charakterystyczne brzmienie Fendera, po raz kolejny lekko industrialne naleciałości, ciekawy refren. Solidny kawałek. Jedna rzecz w płytach Pendragon pozostała niezmienna - ostatni utwór na płycie zawsze jest tym najsubtelniej, najdelikatniej brzmiącym elementem zamykającym kolejne dzieło. Zazwyczaj z całkowicie akustycznym, sennym, prawie onirycznym duchem. Your Black Heart takim właśnie tworem jest. Do minuty mniej więcej trzeciej. Później przez chwilę ciężko oprzeć się wrażeniu, że płynie któryś album Floydów. Przepiękny kawałek, z przepiękną, finalną gitarową solówką.

    Album się kończy, a we mnie rodzi się pytanie: dlaczego, do cholery, tak mało uświadczyłem pasji podczas słuchania? Może z czasem ta muzyka bardziej do mnie dotrze? Może wystarczy dać jej trochę we mnie dojrzeć? Niewątpliwie jest to dobry album, mimo tych wszystkich dziwnych poszukiwań, które wydają mi się trochę nienaturalne, mimo nierówności i lekkiego rozczarowania całością. Jeśli Pure w moich uszach zasłużył na czwórkę w skali 1-5, to najnowszy album uplasuje się mniej więcej w tym samym miejscu, może o pół oczka niżej. To mało, jeśli biorę pod uwagę, że to przecież jeden z moich ulubionych zespołów i że po ostatnim ich wyczynie miałem ochotę na coś klasycznie pendragonowego. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że za jakiś czas Passion zasłuży na więcej. Może nawet to będzie już jutro i dojdę przy tym do wniosku, że kolejną recenzję znów pisałem zbyt pochopnie. Do zobaczenia na koncertach!

    Bartek Chocholski

    Bartek Chocholski czwartek, 01, marzec 2012 18:16 Link do komentarza
  • Paweł Bogdan

    Praca recenzenta nie jest łatwa. Bardzo często natrafia się na płyty, o których tak naprawdę nie wiadomo co napisać. Nie posiadają one wyrazistej tożsamości, cechuje je bylejakość, nie wzbudzają żadnych kontrowersji. Często mam problemy z takimi albumami, ale po dłuższym z nimi obcowaniu, po pewnym czasie pojawia się tzw. wena twórcza, odkrywają się niezauważone wcześniej niuanse i szczegóły. Są też płyty, które posiadają tak wiele elementów, o których można by dyskutować, że pisać o nich można by było bez końca i w sumie można się za nie zabierać od każdej strony. Do takich płyt należy właśnie Passion zespołu Pendragon. Przygotujcie się więc na długie, sądzę że ciekawe i dość intrygujące dysputy starego, wiernego fana Pendragon.

    Grać cały czas tego samego bez końca się nie da. Ewolucja formacji muzycznych jest bardzo wskazana, choć często przynosi kontrowersje. Rzućmy okiem na nam współczesne Heritage Opeth czy Anno Domini High Definition Riverside. Formacje słusznie zdecydowały się w pewnym stopniu odciąć się od swych poprzednich dokonań by móc się muzycznie rozwijać, dać ujście wenie twórczej, uciec od powtarzalności. Podobnie postąpiła formacja Pendragon. Rzućmy okiem na historię zespołu. Lata 90. przyniosły prawdziwy rozkwit stylu grupy począwszy od The World (1991) po wysoko cenione The Masquered Overture (1996). Świetnie, choć z pewnymi oznakami zmęczenia materiału, prezentował się kolejny Not of this World (2001). Już na kolejnym, mało udanym Believe, Nick Barrett dość wyraźnie, choć jeszcze nieśmiało, zaczynał mówić: Czas na zmiany!. Te przyszły na wydanym w roku 2008 Pure - krążku niezwykle udanym, który z jednej strony utrzymywał rozpoznawalny styl zespołu, z drugiej wprowadził do muzyki Brytyjczyków więcej energii, a wręcz metalowego zacięcia (z potężną sekcją perkusyjną roli głównej). Nick Barrett podniósł w hierarchii gitarowe riffy spychając na drugi plan charakterystyczne dla zespołu melodie, zrzucił z piedestału klawiszowe partie Cliva Nolana eksponując perkusyjne gonitwy. Zmieniło, unowocześniło się brzmienie, ostatecznie zerwano z typową dla Pendragon szatą graficzną. Przy Pure Barrett niemal przewrócił zespół do góry nogami, eksponując jeszcze nieśmiałe smaczki zawarte na Believe. Nie przeszkodziło to jednak w nagraniu zdecydowanie jednej z lepszych płyt w dorobku Pendragon - płyty innej od poprzedniczek, jednak zachowującej pierwiastek rozpoznawalnego stylu Brytyjczyków.

    Skoro ryzykowany krok się powiódł, to dlaczego nie zrobić następnego w tym samym kierunku? Zgodnie z oczekiwaniami Nick Barrett zapowiedział kolejny album jako kontynuację ścieżki obranej na Pure. Właśnie takim muzycznym progresem grupy miał okazać się wydany w kwietniu 2011 roku Passion. Krążek opowiadający o pasji, o jej negatywnym aspekcie w życiu człowieka, o sprawach, dla których nie warto tracić życia.

    Przyznam się, że Pendragon należy do ścisłej czołówki moich ulubionych zespołów, a album The WIndow of Life zaliczam do najbardziej wartościowych krążków. Rock neoprogresywny ogólnie jest mi zresztą dość bliski. Z pewnego rodzaju grymasem przyjmowałem do wiadomości informacje, o nowej muzycznej ścieżce formacji Nicka. Nie ma co ukrywać, że poprzez Passion zespół po części odciął się od swojego dziedzictwa. Ze zmianami stylu gry zawsze wiąże się pewne ryzyko. Zawsze na taki zespół (nie bacząc na końcowy efekt) spada fala krytyki od ortodoksyjnych fanów. Z muzycznym oświadczeniem jednak dochodzimy do pewnego rodzaju przemyśleń, które pomagają zrozumieć ten z jednej strony przykry dla fana zespołu proces, z drugiej strony samej formacji potrzebny. W takich momentach trzeba odrzucić wszelkie uprzedzenia, podchodzić do nowego materiału jak do wydanego przez jakby inny, nowy zespół, choć nie jest to takie łatwe. To tak jak z dorastaniem - kochałem dzieciństwo, był to mój ulubiony okres w życiu, ale wiem, że czas płynie, wszystko się zmienia, więc dzieciństwo też upłynęło; teraz jestem w takim wieku, jakim jestem i mimo tego, że to poprzednią epokę w swoim życiu uwielbiałem i wspominam ją bardzo ciepło, to przecież obecny etap mojego życia przynosi ze sobą wiele pozytywów, nowych możliwości, urozmaiceń i ma naprawdę wiele walorów. Ubóstwiałem Pendragon lat 90., ale dlaczego mam patrzyć spod oka na odświeżoną twórczość formacji ostatnich lat?

    Na krążku otrzymujemy niecałe 55 minut muzyki podzielonej między siedem kompozycji. Przyglądając się układowi utworów zauważymy pewne analogie do Trick of the Tail Genesis. Na Passion też energiczne utwory (1,3,5,6) są poprzecinane tymi delikatniejszymi opartymi na emocjach (2,4,7). Warto wspomnieć o wspaniałym wydaniu albumu oraz o tym, że w wersji rozszerzonej zawiera dysk DVD z filmem dokumentalnym poświęconym pracy zespołu w studiu nad albumem. Warto dodać, że Passion został dodatkowo wydany na winylu. Co do okładki (zmienionej zresztą niemal w ostatniej chwili na lepszą wersję), to spełnia ona swoją funkcję prezentacji muzycznej zawartości albumu w formie plastycznej. Do mnie akurat okładka Passion szczególnie nie przemawia i nie jest to szata graficzna wpasowująca się w mój gust, ale nie mam zamiaru stwierdzić, że jest brzydka lub nieatrakcyjna. Jak kto lubi.

    Przejdźmy do muzyki. Pamiętam jak świeżo po wydaniu albumu toczyłem na forum progrock.org.pl małą wojenkę twierdząc, że Passion to album bez ducha, krążek w którym Pendragon zatracił swe wszystkie walory... Zanim jednak do oceny przyjdzie, na chłodno przyjrzyjmy się elementom charakteryzującym Passion i wyróżniającym go na tle poprzednich albumów formacji.

    Produkcja i brzmienie albumu stoi na najwyższym światowym poziomie. Pendragon zdecydowanie odciął się od głębokiego, plastycznego i poniekąd magicznego, rozmarzonego brzmienia charakteryzującego rock neoprogresywny i samą formację w latach 90. Zresztą podobny proces przechodzenia z tego klasycznego neo-brzmienia w XXI wieczne standardy z łatwością można zauważyć, nie sięgając daleko, zerkając na produkcje płytowe IQ, Areny czy Marillion ostatnich lat. W przypadku Passion mamy do czynienia z krystalicznie czystym, dopieszczonym w najdrobniejszych szczegółach, skondensowanym, bardzo wyrazistym masteringiem i produkcją albumu.

    Instrumentarium? Tak szalenie rozpoznawalne, magiczne, górnolotne solówki Barretta poszły w zapomnienie. Album charakteryzują mocne riffy, nieszablonowe zagrywki i choć niekiedy pojawia się typowe dla Barretta gitarowe prowadzenie muzycznego tematu (jak przykładowo w Empathy), to szczególnie się nie wyróżniają na tle całego muzycznego spektrum. Clive Nolan z niezwykle wyróżniającej się postaci został poniekąd zdegradowany i nie ma aż tak dużego wpływu na muzykę zespołu jak to było kiedyś. Warto jednak zauważyć, że na Passion używa zupełnie innych muzycznych środków niż to było w przypadku chociażby Pure. Nolan swoje klawiszowe pasaże zamienia na elektroniczne błyskotki, eksperymentuje, bawi się, ciągle poszukuje i odkrywa nowe muzyczne przestrzenie dotąd przez niego niespenetrowane. Na Passion bardziej wyraziście niż zwykle brzmi gitara basowa, a grający na perkusji Scott Higham został już całkowicie spuszczony z smyczy i nawet jego przejścia na dwie stopy oraz perkusyjne kanonady są tu rzeczą najzwyklejszą pod słońcem.

    Zapewne czujecie, że powyższy opis niejako pokrywa się z tym, co napisałem we wstępie o Pure. Zgadza się. Warto jednak aby uświadomić sobie, że we wszystkich elementach Pendragon poszedł o krok dalej. Passion to zwiększenie natężenia niejako rewolucyjnych dla zespołu pomysłów z poprzedniego krążka. Wszystkie innowacje są na interesującym nas krążku rozwinięte, bardziej wyeksponowane, wyjaskrawione, podkolorowane. Passion to jednym słowem kolejny krok naprzód w rozwoju zespołu. Krok jeszcze bardziej oddalający zespół od klasycznych The Window of Life czy The Masquerade Overture.

    Sądzę, że w miarę ogólnie udało mi się przedstawić zawartość krążka. Wypada jednak co nieco powiedzieć o poszczególnych utworach. Ja Passion dzielę na dwie części: utwory niezwykle ciekawe i utwory poniekąd mętne. Do tych pierwszych zaliczę z całą pewnością Empathy, This Green and Pleasent Land, Your Black Heart, do tych drugich Passion, Feeding Frenzy, It's Just A Matter Of Not Getting Caugh oraz Skara Brae. Zapewne zwróciliście uwagę na fakt, że do pierwszej kategorii zaliczyłem utwory spokojniejsze, delikatniejsza, za to do drugiej te bardziej żywiołowe. Sam zastanawiam się z czego to wynika... Może z moich prywatnych upodobań? Może z tego, że rzeczywiście Barrett ma talent w tworzeniu właśnie tych emocjonalnie nacechowanych utworów? Może to fakt, że w tej pierwszej grupie więcej jest starego Pendragon, który zawsze trafiał prosto do mojego serca, ma na to taki wpływ? Sądzę, że prawda leży w każdym z tych stwierdzeń.

    W krążek ciężko było mi się wgryźć. Początkowo najlepsze wrażenie robił This Green and Pleasent Land (zresztą najbardziej wpadający w ucho). Często jednak wrażenia koncertowe wywracają naszą hierarchię utworów do góry nogami. Pamiętam biłgorajski koncert Disperse, kiedy na moim faworycie - Let me Get my Colours Back się odrobinę zawiodłem, za to rozłożył mnie nieoczekiwanie przez mnie trochę niedoceniony Far Away. Podobnie było z koncertem Pendragon w warszawskiej Progresji - This Green and Pleasent Land nie wypadł tak dobrze jakbym tego oczekiwał, za to Empathy mówiąc potocznie tego wieczoru pozamiatał, nie dając szans rywalizacji ze sobą innym utworom (nawet tym klasycznym). Poprzez ten koncert cała magia tej fantastycznej kompozycji do mnie dotarła i przestałem się dziwić, dlaczego została umieszczona na początku albumu. Empathy to bez wątpienia jedno z lepszych dzieł, jakie zespołowi udało się stworzyć i utwór niesamowicie wyróżniający się na przestrzeni całego krążka.

    Warto pochwalić niezwykle melodyjny This Green and Pleasent Land, szybko wpadający do ucha, ale też szybko z niego wyskakujący. Bardzo dobre wrażenie robi delikatny, początkowo niepozorny, zamykający album Your Black Heart. Spory wkład w jego brzmienie ma tutaj dobrze słyszalny Clive Nolan. Pozostałe cztery kompozycje to utwory, w których Pendragon pokazuje swoje bardziej zdecydowane, energetyczne oblicze. Mi ich ocena przychodzi z trudem. Nie są to utwory słabe, jednak według mnie, czegoś w nich brakuje. O ile Pendragon zawsze w mojej głowie zostawiał trwały ślad, zaznaczał swoją obecność tak, że po dziś dzień jestem im wierny i oddany, to większość materiału zawartego na Passion jednak na te niezwykle wartościowe elementy nie zasługuje. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć w kolejnym akapicie.

    Na początku zaznaczę: Passion jest dobrym albumem. Zarówno produkcja, brzmienie, kompozycje, teksty czy instrumentalna część krążka stoi na naprawdę wysokim poziomie. Pochwalam decyzję o podążaniu artystyczną ścieżką zmian, rozwoju formacji i poszukiwaniu nowych muzycznych doznań. Nie mam nic przeciwko odejściu zespołu od stylistyki, którą przecież tak uwielbiałem. Sądzę, że pozwala mi to w sposób poniekąd niezależny i neutralny ocenić zawartość odświeżonego stylistycznie materiału formacji.

    Musze przyznać, że mimo wszystko zespół poprzez swe zmiany coś zatracił. O ile wcześniej formacja znajdowała się w samym epicentrum moich muzycznych zapotrzebowań, to w przypadku Passion przeskoczyła na jego obrzeża lub całościowo z niego wyskoczyła. Pendragon zawsze charakteryzowała niebywała magia, baśniowa atmosfera, kipiące emocje i te jedyne w swoim rodzaju melodie. Na Passion po prostu tego nie ma& albo jest, lecz w ograniczonych ilościach. Nie ma tu żywej ekspresji, muzyka zespołu w większości nie wzrusza, nie fascynuje, nie trzyma w napięciu. Zdarza się że jest mdła i przekombinowana. Co ciekawe album zatytułowano mianem Pasja. Ja już wielokrotnie zadawałem sobie pytanie: Gdzie na tym krążku jest ta pasja?! Niestety mimo wielu prób jej odszukania nadal przychodzi mi to z trudem i choć z perspektywy czasu muzykę Pendragon na Passion wchłonąłem, zrozumiałem i nauczyłem się z nią obchodzić, to nie wywiera ona na mnie takich emocji jak ta chociażby z The Window of Life czy z Pure.

    Osobiście nie podzielam zachwytów recenzentów nad Passion, dających albumowi niemal najwyższe noty (w sumie w sieci odnalazłem jedynie dwie polskie recenzje podzielające mój punkt widzenia na wydawnictwo Pendragon). Passion jest albumem niewątpliwie innym od poprzedników, różniących się sporo chociażby od Pure z roku 2008. Ciężko mi stwierdzić czy wydawnictwem Pendragon jestem zawiedziony, bo zły album to nie jest. Czegoś mu jednak brakuje i to zespół sam pozbawił się cech, które tak do niego przyciągały i czym zdobywał sobie rzesze fanów. W każdym razie, uczciwie przyznam, że dziwnym trafem dość często do Passion wracam. Chociażby dla samego delektowania się fenomenalnym Empathy, warto.

    Paweł Bogdan czwartek, 01, marzec 2012 18:16 Link do komentarza
Zaloguj się, by skomentować

Recenzje Rock Neoprogresywny

Komentarze

© Copyright 2007- 2023 - ProgRock.org.pl
16 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.