ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Marillion
Sounds That Can't be Made
(2012, album studyjny)

1. Gaza
2. Sounds That Can't Be Made
3. Pour My Love
4. Power
5. Montreal
6. Invisible Ink
7. Lucky Man
8. The Sky above the Rain

 

Steve (h) Hogarth / singer, backing vocals, keys, percussion
Mark Kelly / keyboards
Pete Trewavas / bass guitar, backing vocals
Steve Rothery / lead & rhythm guitars
Ian Mosley / drums

Wyświetlony 3452 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Paweł Bogdan wtorek, 18 wrzesień 2012 17:58 napisane przez Paweł Bogdan

    Cóż, szczerze czekałem na zespół, który byłby w stanie rywalizować z Anathemą i fantastycznym Weather Systems o miano najlepszego muzycznego wydawnictwa roku 2012. Z upływającymi miesiącami dochodziło do mnie, że tym „wybrańcem” może być tylko i wyłącznie album Marillion. Gdy przyszedł dzień premiery od razu założyłem słuchawki na uszy i ślęczałem nad nowo wydanym krążkiem niemal całe ostatnie dnie. W moich uszach nie grało niemal absolutnie nic oprócz Sounds That Can't Be Made, ale tak to już bywa z fanami, którzy z wypiekami na twarzy czekają na kolejny krążek swojego ukochanego zespołu. Dodając do tego dziennikarski głos sumienia, aby jak najpełniej i wyczerpująco opisać krążek, po prostu… nie było innej możliwości. I choć słuchając raz za razem najmłodszego dziecka Marillion przeżywałem ciężkie katusze (jakże zawiły to album!), to chyba jestem w stanie obiektywnie i bezstronniczo ocenić album, którym żyje obecnie pół muzycznego, progresywnego świata. Zaczynamy!

    Na początku kilka suchych faktów na temat albumu. Marillion wpakował w krążek ponad 70 minut muzyki, przy czym dzieląc całość na osiem utworów postawił na dość długie kompozycje (w tym trzy ponad dziesięciominutowe). Od razu trzeba zaznaczyć, że wymagającego tak wiele cierpliwości obok Brave albumu Brytyjczycy jeszcze nie nagrali. Nie chodzi tu o sam czas trwania (choć stali czytelnicy moich recenzji znają moją alergie do trwających ponad godzinę muzycznych wydawnictw), nie chodzi też o długość poszczególnych kompozycji, wahających się od niecałych sześciu do siedemnastu minut. Chodzi o to, że album jest niezwykle złożony. Rzekłbym nawet, że najbardziej ze wszystkich wydawnictw zespołu. Nie uświadczymy tu minimalizmu z Hapiness is the Road, bardzo powoli rozwijających się tematów muzycznych z Marbles czy prostych piosenek z Holidays In Eden. Sounds That Can't Be Made to naprawdę najbardziej skomplikowany aranżacyjnie album Marilliona ery Hogartha. Dzieje się tu naprawdę wiele. Z tej przyczyny wydawnictwu należy się spora gama cierpliwości, zachowawczość w wydawaniu opinii, a co najważniejsze wielokrotne (ba!) kilkunastokrotne przesłuchanie. Ja przy pierwszym ugryzieniu Sounds That Can't Be Made chciałem, aby ten album jak najszybciej się skończył… W końcu go „dotarłem”, ależ ile trzeba było przesłuchań, ileż cierpliwości i poświęcenia. Pytanie, czy warto, bo łatwo na pewno nie było.

    Od muzycznej strony, do czego zresztą Marillion nas przyzwyczaił, mamy kolejny świeży pomysł na muzykę. Brytyjski zespół jest w tym względzie fenomenem. Mimo ponad trzydziestu lat na scenie muzycy Marillion ciągle zaskakują, tworząc za każdym razem „inny” krążek, nie powielając schematów i nie opierając się modzie kurczowe trzymania się danego nurtu. Rzecz jasna Sounds That Can't Be Made jest zachowany w typowej stylistyce Marillion, ale próby porównania go do innego krążka zespołu (a ten wydał ich już 18) są bezcelowe (choć czasem nieco przywodzi na myśl Marbles), bo to kolejny nowy pomysł Marillion na muzykę. Powiedzmy sobie szczerze – tak energicznego i elektrycznego zespół jeszcze nie wydał. Wydawnictwo stoi w zupełnej opozycji do akustycznego „półalbumu” Less is More czy do bardzo stonowanego Happiness is the Road. Sounds That Can't Be Made charakteryzuje niesamowita ekspresja, swoboda w użyciu instrumentów, bogactwo brzmień. Dodajmy, że o ile Marillion raczej zawsze stronił od dłuższych, trwających ponad dziesięć minut utworów (w okresie 1989-2011 nagrał ich zaledwie dziesięć), to na najnowszym wydawnictwie znajdziemy ich aż trójkę, przy czym otwierająca krążek Gaza to przy Ocean Cloud najdłuższy utwór Marillion w historii (nie licząc Fishowego Grendel).

    Zacznijmy od analizy poszczególnych utworów. Album rozpoczynamy od wyżej wspomnianej kompozycji pt. Gaza. Jest to niezwykle rozbudowany utwór, zawierający chyba najbardziej zwariowane przejścia i ciężkie riffy w historii zespołu (warto zwrócić uwagę na szalone solo Rotherego, którego wariację przywodzą mi na myśl Jimiego Hendrixa czy nawet solówki Jeffa Hannemana ze Slayer). Energiczny początek dość szybko ustępuje miejsca sentymentalnemu, delikatnemu klimatowi. Największym walorem Gazy jest wprowadzenie, zresztą charakterystycznego dla Marillion, momentu kulminacyjnego, rozpoczynającego się w 12 minucie utworu, gdzie gitara Rotherego i emocjonalny śpiew Hogartha znowu zabierają nas do innego wymiaru.

    But any way you look at it - whichever point of view
    For us to have to live like this
    It just ain’t right
    It just ain’t right
    It just ain’t right

    Utwór jest, jakby to ująć, w porządku. Nie jest to absolutnie poziom „wielkiej trójcy” z Marbles (The Invisible Man, Ocean Cloud, Neverland), ale prezentuje solidny muzyczny poziom. Niestety wydaje się niezbyt dobrze zaplanowany i skomponowany, by nie rzec, przekombinowany. Sporo tu niepotrzebnych fragmentów i dłużyzn, wydaje się ciągnięty na siłę. Warto napisać, że również zbytnio nie zapada w pamięć. Ciekawe, że większość docinek, dotyczących Gazy, tyczy się również całego krążka…

    W następnej kolejności przechodzimy do utworu tytułowego. W sumie nie wyróżnia się niczym szczególnym prócz ciekawego refrenu i motywu przewodniego Steve’a Rotherego, które jako tako ratują kompozycję. Kolejne Pour My Love to najsłabsza kompozycja na krążku. Od tego zbyt pretensjonalnego, bezpłciowego utworu strasznie wieje nudą i jeżeli miał rywalizować z Fantastic Place, to lepiej żeby nawet nie pokazywał się w ringu.

    Było niezbyt przyjemnie, ale Marillion nie byłby sobą, gdyby obok nieciekawych kompozycji nie przygotował dla słuchacza czegoś z wysokiej półki. Mowa tu o utworze Power, kompozycji nie bez przyczyny promującej wydawnictwo, które pokazuje wszystkie walory formacji. Wspaniała atmosfera, energia i porywający słuchacza klimat. Power to utwór, który zapada w pamięć, porusza serce i, jestem tego pewny, będzie wymieniany przez słuchaczy Sounds That Can't Be Made jako czołowy utwór z najnowszego albumu.

    Po Power zatrzymujemy się na czternastominutowym Montreal. Utwór, podobnie jak w przypadku Power, naprawdę trzeba pochwalić. Jest to bardzo klimatyczna kompozycja, która nieco przypomina Ocean Cloud z Marbles. Po post-rockowo-ambientowym początku w połowie czwartej minuty (oraz później siódmej) zespół nieco przyśpiesza, wprowadzając naprawdę bajkowy, beztroski klimat (uśmiech sam pojawia się na twarzy). Utwór jest bardzo przyjemny i choć wydaje się być odrobinę przydługi, to należy do ścisłej czołówki materiału z Sounds That Can't Be Made.

    W następnej kolejności trafiamy na dwa krótsze utwory, Invisible Ink, który można by uznać za pewnego rodzaju niewypał oraz zdecydowanie lepszy Lucky Man. O ile na tym pierwszym po prostu nie warto się zatrzymywać, to Lucky Man odkupuje wszystkie winy swego poprzednika. Energią dorównuje wiekowemu Hard As Love, aranżacyjnie i instrumentalnie przywodzi na myśl kompozycje z krążka Anoraknophobia. W cały klimat utworu świetnie wtapia się hammondowskie brzmienie klawiszy, dając początek spokojnej zwrotce. Utwór wybucha w świetnym, bardzo rockowym refrenie, gdzie Steve Hogarth wyśpiewuje naprawdę przyjemne dla ucha, pełne energii i werwy melodie. Nie brakuje oczywiście i solówki nadwornego gitarzysty Marillion, których na krążku nieco brakuje. Lucky Man to klasyczny utwór formacji, mający wszystkie znamiona starego, dobrego Marillion.

    Album zamyka słodkie, rozmarzone i doprawdy piękne The Sky Above the Rain. Na zwieńczenie krążka nadaje się znakomicie. Utwór bardzo spokojnie i dojrzale rozwija się, dając wszystkim muzykom Marillion odpowiednią ilość czasu i miejsca do rozwinięcia swych artystycznych umiejętności. Niewinne The Sky Above the Rain, jeżeli da się mu trochę czasu, naprawdę porywa i chyba w nim Hogarth wyśpiewuje swe najlepsze partie wokalne na krążku. Prawdziwa perełka.

    Tyle o poszczególnych utworach, teraz o całym albumie. Zacznę od tego, że specjalnie zacząłem od analizy poszczególnych kompozycji, bo albumu jako całości niemal nie da się słuchać. Po pierwsze jest zdecydowanie za długi, po drugie kompozycje zespołu w większości są średnio udane, co zmienia rozkoszowanie się muzyką w katorgę. Słuchania Sounds That Can't Be Made według progresywnego rytu, czyli od początku do końca, szczerze nie polecam, bo całkowicie gubi czar poszczególnych utworów, znajdujących się na wydawnictwie. Wycięcie tych słabszych też niewiele pomaga. Osobiście rekomenduję skupienie się na tych najciekawszych, mianowicie Power, Montreal, The Sky Above the Rain oraz w drugiej kolejności Lucky Man i Gaza.

    Ogólnie rzecz biorąc krążek jest bardzo nierówny, kompozycje są w większości chaotyczne i przekombinowane. Na krążku roi się od dłużyzn i jakby niepotrzebnych fragmentów muzycznych, przez co same kompozycje tracą na mocy i stają się niezapmiętywalne. Sounds That Can't Be Made przesłuchałem ponad dwadzieścia razy i do tej pory niełatwo przychodzi mi zacytowanie choćby kilku muzycznych fragmentów z wydawnictwa. To o czymś świadczy. Nie znaczy to jednak, że na krążku nie znajdziemy wielu chwytających za serca fragmentów. Słuchając Power czy The Sky Above the Rain po prostu wypada przyklasnąć zespołowi. Nawet tym najlepszym kompozycjom daleko jednak do choćby połowy materiału z Marbles. Niestety większa część materiału z Sounds That Can't Be Made jest po prostu nieatrakcyjna i gdybym nie był zagorzałym fanem formacji, to po paru przesłuchaniach w ogóle bym do krążka nie wracał. Dałem albumowi wiele szans, może nawet zbyt wiele, ale niestety nie był w stanie ich w pełni wykorzystać.

    Wytykam wszystkie braki Sounds That Can't Be Made z pewnego rodzaju żalem w głosie. Po prostu mi smutno. Marillion to mój ukochany zespół, który wniósł w moje muzyczne życie niesamowicie dużo. Jak mówi stare, dobre przysłowie – najbardziej krzyczymy na tych, których kochamy, bo najbardziej nam na nich zależy. Ta fraza idealnie sprawdza się do mojej oceny najnowszego wydawnictwa zespołu, które bądź co bądź nie jest złe. Niektórzy mogli liczyć jednak na dużo, dużo więcej. W końcu to Marillion! Niestety, Sounds That Can't Be Made to płyta co najwyżej dobra i choć broni jej parę świetnych utworów, to całość nie zadawala. Jej samej pozostanie zapewne zacne lub mniej zacne miejsce w czołówce tegorocznych wydawnictw, tylko czy to powinno Brytyjczyków satysfakcjonować?

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version