ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Procol Harum
Procol Harum
(1967, album studyjny)

1. Conquistador
2. She wandered through the garden fence
3. Something following me
4. Mabel
5. Cerdes (outside the gate of)
6. A Christmas camel
7. Kaleidoscope
8. Salad days (are here again)
9. Good Captain Clack
10. Repent Walpurgis

dodatkowo na amerykańskim wydaniu LP:
11. A whiter shade of pale

dodatkowo na wydaniu BGO:
11. A whiter shade of pale (single)
12. Lime Street blues (single)
13. Homburg (single)
14. Salad days (alternate version)
15. Mabel (early version)
16. Cerdes (early version)
17. Something following me (early version)
18. Magdalene (my regal zonophone) (original version)
19. Quite rightly so ('67 version)
20. Shine on brightly ('67 version)
- Gary Brooker ( lead vocals, piano )
- Matthew Fisher ( organ )
- Dave Knights ( bass )
- Keith Rei ( words )
- Robin Trower ( guitars )
- Barrie James Wilson ( drums )
Wyświetlony 8039 razy
Inne albumy wykonawcy: Shine On Brightly »

1 komentarz

  • Link do komentarza Michał Jurek niedziela, 02 styczeń 2011 19:11 napisane przez Michał Jurek

    Miałem pewien dylemat, czy zabierać się za recenzję tej płyty. Tyle już na jej temat napisano, co więc jeszcze można powiedzieć? Ale z drugiej strony, jest to kanon, a jako taki zasługuje na to, by choć parę zdań na jego temat na stronie ProgRocka się znalazło. Jako sympatyk Procol Harum nie mam więc właściwie wyboru: trzeba zakasać rękawy i do roboty :-)

    Procol Harum powstał w zasadzie przez przypadek. Gary Brooker, wokalista i lider zespołu, udzielał się wcześniej w rhythm'n'blusowej kapeli The Paramounts. Intensywne koncertowanie z tym zespołem (a supportował on m. in. The Rolling Stones i The Beatles) tak zmęczyło pana Brookera, że w wieku 21 lat postanowił się udać na muzyczną emeryturę. Razem ze swoim kompanem, Keithem Reidem, zawiązał spółkę kompozytorską: pan Keith miał pisać, a pan Gary komponować. Spółka ruszyła z kopyta, był tylko jeden problem: nie było odbiorców nowo napisanych piosenek. Gary Brooker dostał wprawdzie propozycję dołączenia do teamu Dusty Springfield, ale odmówił. Nie pozostało nic innego, jak raz jeszcze wejść samemu na scenę i stworzyć nowy zespół.

    Panowie Reid i Brooker mieli jasną wizję tego, co nowy zespół miałby grać: miała to być muzyka czerpiąca z rhythm'n'bluesa, muzyki klasycznej, gospel. Wymyślili sobie też panowie, że zespół będzie mieć trzy instrumenty prowadzące: fortepian, organy Hammonda i gitarę. Teraz trzeba jeszcze było znaleźć odpowiednich muzyków, żeby zasilili nowy zespół i nadać mu nazwę. Z tym drugim poszło łatwiej, bo akurat znajoma pana Guya Stevensa, który początkowo wspierał zespół od strony menadżersko-produkcyjnej, miała kota o imieniu Procol Harum. Z zespołem poszło gorzej, bo choć szybko wyłowiono panów Knightsa (basistę, który starał się o angaż w zespole Hendrixa) i Fishera (organistę), to obsada etatów gitarzysty i perkusisty okazała się dość trudna. Pierwsi muzycy, których przyjęto do grupy, nie spełnili oczekiwań i pożegnali się z kapelą dość szybko. Zanim jednak to nastąpiło, zespół nagrał jeden z najważniejszych utworów w historii rocka progresywnego: 'A Whiter Shade of Pale'. Któż nie słyszał tego nagrania... Ponoć sam John Lennon inspirował się nim, nagrywając 'I Am the Walrus'. Singiel ukazał się w marcu 1967 roku i zawojował listy przebojów na całym świecie, choć nie od razu, bo geniusze z firmy Decca stwierdzili, że to się zupełnie nie nadaje. Jakieś to smętne takie, i jeszcze cytat z Bacha? Na pewno się nie sprzeda. Zespół jednak wziął sprawy swoje ręce i wcisnął singiel na wyłączność jako absolutną premierę jednej z pirackich stacji radiowych w Londynie. Dalej już poszło.

    Mimo sukcesu, już latem 1967 roku zespół poszedł w rozsypkę. Panowie poprztykali się na gruncie artystycznym i finansowym, skutkiem czego na etacie gitarzysty i bębniarza znowu był wakat. Na szczęście panowie Brooker, Reid i Stevens nie złożyli broni, ale zatrudnili świetnego gitarzystę Robina Trowera i perkusistę Barriego Wilsona, którzy wcześniej już przewinęli się przez The Paramounts. Zespół przymierzył się do kolejnego singla, który również wspiął się na listy przebojów (mowa oczywiście o 'Homburg'), nagrał pełnowymiarowy album, a potem ruszył w trasie po Europie i USA.

    A potem doszli do głosu geniusze z firmy płytowej. Mianowicie, debiut Procol Harum wydany w rozmaitych krajach miał różny zestaw nagrań. Co więcej, nie zsynchronizowano terminów i na przykład w USA płyta była dostępna już sierpniu 1967, we Włoszech w listopadzie 1967 roku, a w Wielkiej Brytanii wydano ją dopiero w styczniu 1968, i to bez 'AWSOP' i 'Homburga'! Pogratulować marketingowego nosa, bo płyta padła i na brytyjską listę przebojów nie weszła. Pojawiła się na niej dopiero w 1972, gdy dokonano reedycji debiutu Procol Harum, sprzedając go już pod szyldem 'AWSOP'.

    Po tym przydługim wstępie warto poświęcić parę słów samej muzyce. Od razu jednak zastrzegam, że reedycji i remasterów debiutu jest cała masa, i tak jak winyle, również płyty CD mocno się od siebie różnią. Ja akurat dysponuję remasterem z 2009 roku, który zawiera oryginalną wersję mono brytyjskiego longplaya i garść bonusów.
    Wersję tę otwiera 'Conquistador', nagranie dobrze znane każdemu sympatykowi Procoli, bo wydane na singlu przy promocji płyty 'Live' z orkiestrą z Edmonton. Rytmiczne, bujające, z energetyczną partią gitarową i ekspresyjną grą pana Fishera na organach. Później kolejny klasyk: wyrastający z rhythm,n,bluesa 'She Wandered Through the Garden Fence'. Utwór przymierzany na singiel, ale ze względu na dosadny opis miłosnych cierpień uznany za zbyt odważny w tamtych czasach. Następne 'Something Following Me' to już rasowy blues, choć wiodącym instrumentem jest tu fortepian. 'Mabel' nawiązuje do klimatów wodewilowych, i niestety jest to słabszy fragment albumu. Na szczęście 'Cerdes' urzeka fajną partią basu na otwarcie, a później ostrą gitarą, wspomaganą przez organy Hammonda. Robi się więc bardziej rockowo, i ten nastrój jest utrzymany w następnym 'A Christmas Camel', okraszonym świetną zagrywką fortepianową pana Brookera. 'Kaleidoscope' to znowu powrót do rhythm'n'bluesa, z kotłującymi się w tle organami i przejmującym śpiewem pana Brookera. Potem, niestety, robi się nieco słabiej. Balladowe 'Salad Days' nie do końca przekonuje, choć broni się ładną współpracą fortepianu i organów. A 'Good Captain Clack' to znowu wodewil, którego nie trawię. I pomyśleć, że to nagranie wciśnięto na drugą stronę singla 'Homburg'... Ale finał płyty po prostu powala. 'Repent Walpurgis' urzeka powoli budowanym napięciem, dostojną grą fortepianu i organów* (panowie znowu pożyczyli sobie nieco z Bacha i Czajkowskiego), ale tym, co najdłużej zostaje w pamięci, jest genialne, uczuciowe solo Trowera. Z tym nagraniem narodziła się nowa jakość, bez niego rock symfoniczny nie byłby tym, czym się stał.

    Na remasterze jest też od groma bonusów, m. in. 'AWSOP' i 'Homburg', wersje stereo niektórych nagrań (ponoć oryginalne ścieżki stereo całego albumu zaginęły i nie ma już szans na ich odnalezienie), 'Shine on Brightly' w wersji włoskiej (pod tytułem 'Il Tuo Diamante'), które Włosi poznali wcześniej, niż cały świat, bo już jesienią 1967 roku, jest też przepiękny 'Understandably Blue', który panowie Reid i Brooker napisali dla Dusty Springfield. Dla mnie najcenniejsze są dwie wersje 'Homburga': mono i stereo, bo tę melancholijną opowieść o zgliszczach zakończonego związku lubię chyba bardziej niż 'AWSOP'. A Gary Brooker śpiewa tu w sposób naprawdę przejmujący.

    Trudno ocenić taki album, jak debiut Procol Harum. Z jednej strony niektóre piosenki brzmią już nieco archaicznie, a wodewilowe wtręty ujmują całości nieco uroku. Z drugiej jednak: album ten to absolutna klasyka, rzecz, która udanie połączyła muzykę klasyczną i, nazwijmy to, rozrywkową. Według mnie, choć to kwestia dyskusyjna i pewnie część fanów ma inne odczucia, debiut Procoli razem z 'Days of Future Passed' The Moody Blues, debiutem King Crimson i może jeszcze 'Ars Longa Vita Brevis' The Nice niejako stworzyły fundamenty nowego gatunku. W obliczu powyższego nie będzie więc zwykłej oceny gwiazdkowej, bo na ile ocenić płytę, bez której nie byłoby rocka symfonicznego w takiej postaci, którą znamy?

    * Jest to jedyne nagranie na płycie, którego nie skomponował duet Brooker-Reid, ale właśnie organista Matthew Fisher. Choć wspomnieć należy, że wiele lat później pan Fisher wywalczył część tantiem autorskich także za 'AWSOP'...

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version