ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Genesis
Invisible Touch
(1986, album studyjny)

Invisible Touch
Oceń ten artykuł
(160 głosów)

01. Invisible Touch - 3:27
02. Tonight, Tonight, Tonight - 8:50
03. Land Of Confusion - 4:44
04. In Too Deep - 4:57
05. Anything She Does - 4:06
06. Domino - 10:41
   . Part 1 - In The Glow Of The Night
   . Part 2 - The Last Domino
07. Throwing It All Away - 3:48
08. The Brazilian 5:04

Czas całkowity - 45:37

- Phil Collins - wokal, perkusja
- Tony Banks - instrumenty klawiszowe, synth bass, dodatkowy wokal
- Mike Rutherford - gitara, gitara basowa, dodatkowy wokal

Wyświetlony 7937 razy

Media

1 komentarz

  • Link do komentarza Michał Jurek wtorek, 19 październik 2010 19:33 napisane przez Michał Jurek

    Lata osiemdziesiąte nie były najszczęśliwsze dla progresywnych wykonawców. Te zespoły, które przetrwały punkową nawałnicę, musiały się zmierzyć z wysypem zespołów spod znaku new romantic i popularnością muzyki dyskotekowej. Odrodzenie rocka progresywnego, zapoczątkowane przez Marillion trwało bardzo krótko, a fala popularności, która niosła tę grupę, załamała się już w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. By pozostać na topie, większość progresywnych zespołów poszła na artystyczne kompromisy, łagodząc brzmienie i wypełniając utwory plastikowo-syntezatorową papką.

    Nie inaczej, niestety, postąpili muzycy Genesis, podążając szlakiem solowych płyt Phila Collinsa, dzięki którym muzyk ten zyskał ogromną popularność i niejako przejął stery także w macierzystym zespole. Zwrot w stylistyce zespołu było widać już na 'Duke', a całkowite odcięcie się od progresywnych korzeni zespół zafundował fanom na płycie 'Abacab'. Album 'Genesis' utrwalił pozycję zespołu na szczytach list przebojów, stanowiąc dowód, że panowie Collins, Banks i Rutherford nie zamierzają już powracać na Broadway i sztuczek też już robić nie będą. Kolejny album, czyli omawiany właśnie 'Invisible Touch', stanowił potwierdzenie, że zespół z nowo obranej drogi schodzić się nie zamierza.

    I jaki jest tego efekt? Mizerny, niestety. Płyta przyniosła kilka olbrzymich przebojów, w rodzaju dynamicznego utworu tytułowego czy 'Land of Confusion', oraz balladowych 'Throwing It All Away' i 'In Too Deep' (dalekich krewnych collinsowskiego hitu 'One More Night'), skrzących się elektroniką, które zna chyba każdy. Każdy też może podjąć samodzielną próbę odszukania w nich jakichś progresywnych pierwiastków. Ja nie znajduję. A już w ogóle nie mogę się doszukać śladu choćby rocka symfonicznego. Powiem tak: ani progresywnego, ani symfonicznego, ani w ogóle rocka na tej płycie nie znajdziemy. To jest już czysty pop, no, pop-rock powiedzmy. Na plus należy panom z Genesis A.D. 1986 zaliczyć to, że nie zrezygnowali z dłuższych form i zawarli na płycie dwa długasy, czyli 'Domino' i 'Tonight, Tonight, Tonight'. Są to jedyne nagrania, do których jeszcze czasem wracam. 'Domino' może się podobać ze względu na fajne przeplatanie partii balladowych i mocnych wejść perkusji wspartych agresywnym śpiewem Collinsa. No i w partiach instrumentów klawiszowych pojawia się odrobinka starej magii. To mogłoby być wielkie nagranie, gdyby odjąć mu nieco plastiku i dodać partie zagrane na gitarze. Natomiast 'Tonight, Tonight, Tonight' broni się transowym rytmem i wciągającą gradacją nastroju. Ale - oczywiście - fajną gitarową solówkę na końcu utworu wyciszono tak, żeby przypadkiem bębnów nie zagłuszyła. Niekiedy włączam jeszcze 'The Brazilian', bo ciągnie je bardzo żywiołowa gra Collinsa na perkusji. Jest też niezłe solo gitarowe, ale oczywiście wyciszono je tak... itd.

    Niestety, czas nie obszedł się z tą płytą łaskawie, zresztą jak z większością produkcji z tego okresu. Syntezatory dźwięczą, jakby je w pudełku zamknięto, a elektroniczna perkusja brzmi, jakby ktoś w kartony albo pokrywki łoił (np. w 'Tonight, Tonight, Tonight'). Wszystko jest tu płaskie, brak przestrzeni i oddechu. Jedynie żywa perkusja została nagrana bardzo precyzyjnie, pan Collins atakuje czasem bębny jak za najlepszych lat, słychać też wiele jego pomysłowych zagrań.

    Przyznam, że gdy słucham płyty 'Invisible Touch' mam wrażenie, że nagrał ją pan Collins solo. Podobieństwa widać jak na dłoni, gdy album ten porówna się z wydanym rok wcześniej collinsowskim 'No Jacket Required'. Perkusja brzmi niemal tak samo, partie instrumentów klawiszowych również są podobne, a i Mike Rutherford gra na gitarze podobnie do pana Stuermera, czyli prawie w ogóle go nie słychać. Myślę, że wydanie 'Invisible Touch' jako solowego albumu Phila Collinsa byłoby uczciwsze, bo jednak marka Genesis zwykła słuchaczom obiecywać co innego. A tak, zwyczajnie wprowadza w błąd, i tyle. Oceniając tę płytę z perspektywy fana rocka progresywnego, nie mogę dać więcej niż: 2/5, a i to tylko po znajomości, bo to jednak Genesis...

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version