ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

McLaughlin, John
To The One
(2010, album studyjny)

1. Discovery (6:19)
2. Special Beings (8:32)
3. The Fine Line (7:43)
4. Lost and Found (4:26)
5. Recovery (6:21)
6. To the One (6:34)

Czas całkowity: 40:01
- John McLaughlin (guitar)
- Gary Husband (keyboards, drums, percussion)
- Mark Mondesir (drums, percussion)
- Etienne M'Bappe (bass)
Wyświetlony 4914 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza jacek chudzik wtorek, 08 czerwiec 2010 00:21 napisane przez jacek chudzik

    Na muzycznym firmamencie rzadko która gwiazda błyszczy przez dziesięciolecia. Spektakularne upadki i wymodlone przez fanów powroty są na porządku dziennym, tak samo jak przemijające w mgnieniu oka zjawiskowe grupy, fenomenalne postacie. Mnóstwo też świetlistych punkcików podobnych jeden do drugiego, niezliczona jest też liczba obiektów rozkochanych w świetle odbitym. Gdzie na takiej mapie nieba szukać gwiazdy Johna McLaughlina?

    Niegdyś wyrzucany z zespołów za fałszowanie, od dziesięcioleci jest niekwestionowanym muzycznym autorytetem, gitarowym guru. Ostatnimi laty John McLaughlin jest także niezwykle zapracowanym muzykiem. Dwie płyty studyjne w dwa lata oraz światowe tournee (uwiecznione na dvd) - i to wszystko mając już za sobą sześćdziesiąt osiem wiosen. To tylko dowodzi jak młody jest duchem. A jaki może być efekt, jeśli spróbuje się przekuć na muzykę niezwykły witalizm, mistrzowski kunszt oraz życiową mądrość?

    Muzyka zawarta na najnowszej płycie McLaughlina, To The One jest kolejną opowieścią dotyczącą jego życia. Jak sam twierdzi, jest to album mówiący o jego miłości do otaczających go wspaniałych ludzi, do tajemniczego wszechświata oraz do Nieskończonego. Duchowym patronem tego albumu jest John Coltrane, którego nagranie A Love Supreme miało być bezpośrednią inspiracją do powstania To The One. Jest oczywiście kwestią dyskusyjną, czy muzyka współczesna może nieść ze sobą treści religijne, ale nie interesuje mnie to. Nie w tej chwili. Ważniejsze jest dostrzeżenie następującej prawidłowości: ilekroć John McLaughlin popadał w uniesienia religijne podczas tworzenia płyt, jakość tychże była nieziemska.

    I tak też jest tym razem...

    To The One to dzieło wybitne. McLaughlin postanowił iść dalej obraną ostatnio ścieżką i na najnowszym albumie spotkamy sporo elementów, które usłyszeć mogliśmy choćby na poprzedniej płycie artysty (Floating Point, 2008): podobny jest klimat nagrania, zbliżone brzmienie zespołu. Niemniej na nowym albumie McLaughlin osiągnął maksimum wyrazu, przy wykorzystaniu minimum środków. Gitara, bas, perkusja, instrumenty klawiszowe, gdzieniegdzie dodatkowe instrumenty perkusyjne - tylko tyle. Kiedy jednak zagłębimy się w To The One z trudem uwierzymy, że to tylko cztery, pięć osób tworzy to uniwersum dźwięków, zamknięte w sześciu kompozycjach, trwających - tylko - czterdzieści minut.

    Utwory zamieszczone na To The One wydają się niepozorne. Otwiera je i zamyka riff, czasem ogrywany kilka razy, a w międzyczasie, wiadomo - partie solowe. Niby nic takiego: trochę fajnych riffów, niezłych solówek i tyle. Zbagatelizować wartość tego wydawnictwa jest niezwykle łatwo. Rzecz w tym, że album wymaga od słuchacza uwagi. I to całkiem sporo. Gdy zaczniemy słuchać uważnie odkryjemy, jak niezwykłe jest to dzieło. W każdym utworze tli się życie, każdy instrument, w każdej sekundzie gra niekończącą się partię solową, a każda kompozycja jest w zasadzie mikrokosmosem dźwięków, którego próba uchwycenia i ogarnięcia sprawia trudną do opisania przyjemność.

    To The One choć posiada wiele ostrych, porywających fragmentów, jest albumem pozbawionym agresji - słuchacz nie mierzy, ale raczej zanurza się w nim. Nie ma tu zbędnych dźwięków, wszystko jest na swoim miejscu i ta hermetyczność, wydaje się wręcz nieprawdopodobna, gdy weźmiemy pod uwagę, jak żywiołowa jest to płyta.

    I jakkolwiek apologetycznie nie zabrzmi ta recenzja, nie ma tu słowa przesady. John McLaughlin nagrał - po prostu - kolejną świetną płytę, której należą się wszelkie słowa uznania. A łyżka dziegciu? Tym razem obejdzie się bez niej. Mamy wprawdzie dopiero czerwiec, ale śmiało można powiedzieć, że to jedna z ważniejszych płyt tego roku. Gorąco polecam - muzyczna lektura obowiązkowa.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2020 - ProgRock.org.pl
13 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version