ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Mahavishnu Orchestra
Inner Mounting Flame
(1971, album studyjny)

1. Meeting of the Spirits (6:52)
2. Dawn (5:10)
3. Noonward Race (6:28)
4. A Lotus on Irish Streams (5:39)
5. Vital Transformation (6:16)
6. The Dance of Maya (7:17)
7. You Know, You Know (5:07)
8. Awakening (3:32)
Czas całkowity: 46:34
- John McLaughlin ( guitar )
- Jerry Goodman ( violin )
- Jan Hammer ( piano )
- Rick Laird ( bass )
- Billy Cobham ( drums )
Wyświetlony 7584 razy
Inne albumy wykonawcy: Birds of Fire »

1 komentarz

  • Link do komentarza Bartosz Michalewski sobota, 04 wrzesień 2010 15:57 napisane przez Bartosz Michalewski

    Ogień.

    Ogień jest główną metaforą, z której mistycy korzystają do opisywania swoich doświadczeń. To naprawdę nie jest przypadek, że w Bóg ukazał się Mojżeszowi w krzewie gorejącym, tak jak nie ma przypadku w tym, że w Islamie ogień jest symbolem Allaha. Nie sądzę, żeby John McLaughlin był mistykiem, ale chyba coś niecoś o tych sprawach wiedział. Bo wyraz Ogień jest najkrótszą i w sumie najbardziej precyzyjną recenzją debiutu Mahavishnu Orchestra.

    Nagrywając Inner Mounting Flame McLaughlin miał już niemałą renomę. Grał u Davisa, współtworzył Tony Williams Lifetime, pojawił się na płytach Wayne'a Shortera, Jacka Bruce'a, Miroslava Vitousa, Grahama Bonda, Larry'ego Coryella, a na jego solowych albumach zagrali tacy muzycy jak John Surman czy Tony Oxley. Ale tak naprawdę dopiero Mahavishnu Orchestra przyniosło mu sławę porównywalną do tej, którymi cieszyły się wówczas gwiazdy rocka. Stało się tak pomimo tego, że zespół ten ma - wbrew pozorom - bardzo niewiele z rockiem wspólnego.

    Wybuch wulkanu.

    Od niego zaczyna się ten album. Od wielkiego potężnego wybuchu, a potem przez cały czas obserwujemy erupcję. Energia tej muzyki jest wstrząsająca, zupełnie nieporównywalna z niczym co znam. A najwspanialsze w niej jest to, że ci faceci rozumieli energiczne granie nie jako ustawiczny napieprz. Tutaj jest bardzo wiele wolniejszych momentów, ale cały czas czuć napięcie, cały czas kryje się w tym ogromna moc, nawet jak zespół gra cicho i powoli. Erupcja wulkanu to nie tylko huk i lecące na dziesiątki kilometrów odłamki skalne. To także lawa, która spokojnie spływa ze zbocza.

    Zawsze mnie porusza fakt, że w jednym zespole spotkali się muzycy tak idealnie do siebie pasujący. Przecież Jan Hammer to McLauglin klawiszy! Jerry Goodman to Cobham skrzypiec! Jedynie gra Ricka Lairda aż tak się nie wybija, ale może po prostu jest na dalszym planie, taka jest rola basisty - ma stać z tyłu i pilnować żeby się inni zanadto nie rozeszli. Tych pięciu facetów grało jak jeden organizm, nie dało by się tej muzyki stworzyć bez któregokolwiek z nich. John McLaughlin był liderem, chciał żeby to jego wizja była realizowana, co ostatecznie doprowadziło do rozpadu tego składu. I albumy nagrane z innymi muzykami pokazują, że John rozbił kolektyw żeby nagrywać ze zwykłymi zespołami. Wielka szkoda, wielkie marnotrawstwo.

    Napisałem powyżej, że to nie jest rock. Tak właśnie sądzę. Według mnie ten album tylko udaje, że jest rockowy - ma mocne brzmienie (w 1971 to był jeden z najostrzej zagranych albumów na rynku!), to prawda, ale nie ma tutaj zwrotek ani refrenów, a jeden temat nie dąży ku następnemu. To są wszystko typowo jazzowe kawałki bez początku i bez końca, improwizacje które zaczynają się od jakichś tematów, krążą wokół nich, ale to nie są solówki po drugim refrenie, jakie grali rockmani. To kompletnie inna muzyka. Czasami fanom rocka, którzy słuchają tego pierwszy raz wydaje się, że goście wymiatają bez sensu, że tutaj kompletnie o nic nie chodzi. I co najzabawniejsze mają rację - nie chodzi zupełnie o nic, bo jazz to czysta abstrakcja. Dlatego tak kocham tę muzykę, bo niczego nie odwzorowuje, z niczym się nie kojarzy - to zupełnie inny wszechświat!

    Recenzja ta jest dość alegoryczna, nie dowiedzieliście się z niej, który kawałek jest ładny, który brzydki, co to dokładnie jest za muzyka, ale o takich płytach nie pisze się w ten sposób. I to nawet nie dlatego, że każdy meloman je słyszał. Po prostu - zwyczajna recenzja nie przystaje do tak niezwykłej muzyki.

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version