ProgRock.org.pl

Switch to desktop Register Login

Mahavishnu Orchestra
Birds of Fire
(1973, album studyjny)

1. Birds of Fire (5:41)
2. Miles Beyond (Miles Davis) (4:39)
3. Celestial Terrestrial Commuters (2:53)
4. Sapphire Bullets of Pure Love (0:22)
5. Thousand Island Park (3:19)
6. Hope (1:55)
7. One Word (9:54)
8. Sanctuary (5:01)
9. Open Country Joy (3:52)
10. Resolution (2:08)

Czas całkowity: 39:48
- John McLaughlin ( guitar )
- Jerry Goodman ( violin )
- Jan Hammer ( piano )
- Rick Laird ( bass )
- Billy Cobham ( drums )
Wyświetlony 5640 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Bartosz Michalewski sobota, 04 wrzesień 2010 18:54 napisane przez Bartosz Michalewski

    Birds of Fire. Najsłynniejsza płyta w dorobku Mahavishnu Orchestra. I w ogóle jedna z ważniejszych dla nurtu fusion. Na pewno dojrzalsza od debiutu, na pewno lepiej skomponowana, z całą pewnością bardziej przemyślana tylko, że... no właśnie - czy aby na pewno lepsza?

    Inner Mounting Flame to był ogień, pasja, moc. Na swojej drugiej płycie zespół się uspokoił, opanował, ostygł. Ta muzyka nadal gdzieś tam w środku się żarzy, to są wszystko wspaniałe kompozycje, zagrane po mistrzowsku, ale dla mnie tutaj nie ma już tej magii. No i też już nie jest to ten abstrakcyjny, bezcelowy jazz co wcześniej. To niemal rockowa płyta, złożona z kompozycji może nie całkiem zamkniętych i skończonych, ale bez wątpienia bardziej niż to było rok wcześniej na debiucie. Nie dziwi mnie, że Birds of Fire znajduje większą ilość zwolenników niż jakakolwiek inna z płyt Mahavishnu. To jest w sumie łatwa do słuchania muzyka. Przy tym genialna, każdy utwór to tutaj majstersztyk. Tylko, że ja akurat wolę albumy całkiem niezwyczajne, więc u mnie Ptaki Ognia nie mają szans z debiutem.

    Muzyka z tego krążka przesycona jest niepokojem. Tli się, czuć, że pod spodem nadal jest ogień, ale on nie wybucha nigdy. Tak, zgadza się - są mocniejsze uderzenia, bardzo szybkie, Mahawiśniowe momenty - tyle, że słychać w nich więcej wyrachowania niż spontaniczności. Tylko żeby była jasność - ani przez moment nie twierdzę, że płyta nie jest znakomita, czy, że zasługuje na mniej niż pełną notę! Stwierdzam po prostu, że to jest muzyka okiełznana.

    Album jest stylistycznie dość jednorodny. Mamy tutaj mroczne, pełne napięcia utwory budujące bardzo refleksyjny nastrój, czasem szybsze, czasem wolniejsze, ale generalnie czuć między nimi spore pokrewieństwo. Wyraźnie - znacznie wyraźniej niż na debiucie - słychać pulsowanie basu. Niesamowicie spisał się tutaj duet Goodman-McLaughlin. W paru miejscach osiągnęli całkowitą jedność - naprawdę ogromne wrażenie robi na mnie ich wspólna gra na tym albumie!

    Gdybym chciał opisać wszystkie utwory utonąłbym w superlatywach, więc wybiorę kilka swoich ulubionych. Najbardziej lubię tutaj Thousand Island Park. Niby spokojny utwór, ale bardzo niepokojący, z niezwykle piękną linią melodyjną. McLaughlin gra tu głównie na gitarze klasycznej, co nie przeszkadzało mu zmieścić w tym kawałku więcej mroku niż doom metalowcy mają w całych swoich dyskografiach. Śliczny numer! No i kawałek tytułowy - ten wzrost napięcia. Oni byli w tym mistrzami. Absolutnie! Do tego porywające improwizacje. Ten utwór świetnie wprowadza w płytę. Na debiucie pierwszy numer - Meetings of the Spirit - zaczynał się wybuchem, człowiek od razu wiedział co go czeka. Utwór Birds of Fire wyłania się stopniowo, a kiedy zaczyna się jego część główna od razu słychać, że tutaj energia zespołu jest pod kontrolą. Taka sama jest cała płyta. No i One Word. Ten numer trzeba opisać, dla wielu jest on opus magnum albumu. Długi, prawie dziesięciominutowy numer, może trochę mniej melodyjny niż pozostałe, miejscami niemal funkowy, ale w jakiś taki charakterystyczny dla Mahavishnu sposób - twardy, ponury... ognisty!

    Birds of Fire to zdecydowanie bardziej rockowy album niż poprzedni, dla wielu osób z pewnością dużo prościej będzie się za niego zabrać. Nie każdy musi być fanem jazzu - trudno. Istnieją progowcy, dla których poza symfonicznym słodzeniem nic już nie ma - wiem o tym i nic na to nie poradzę. Ale jeżeli ktoś nawet tej płyty nie zna i poznać jej nie chce, to... Ale mam cichą nadzieję, że aż takich ignorantów pośród progowców nie ma!

Zaloguj się, by skomentować

© Copyright 2007- 2021 - ProgRock.org.pl
14 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.

Top Desktop version